Ślęża to bez dwóch zdań najbardziej tajemnicza góra w Polsce. Jeśli mieszkacie we Wrocławiu i jeszcze was tam nie było, to serio – coś jest nie tak. Nazywają ją polskim Olimpem, bo przez tysiące lat rządzili tu poganie i do dziś czuć tam ten specyficzny, magiczny klimat. Mimo że nie jest przesadnie wysoka, to potrafi zaskoczyć skalistym terenem i fajnym podejściem.
Zaczynamy na darmowym parkingu na Przełęczy Tąpadła. Ważna rada: w weekendy bądźcie tam rano, bo miejsca znikają błyskawicznie, a ten po drugiej stronie drogi kosztuje już dwie dychy. My nie szliśmy najnudniejszą drogą na wprost. Wybraliśmy żółty szlak, żeby zaraz odbić w lewo na niebiesko-zielony. Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak po skręcie na Ścieżkę Przyrodniczą „Sulistrowiczki”. Robi się wąsko, stromo i trzeba trochę poskakać po skalnych schodach.
Najlepszy moment to odcinek prowadzący przez Skalną Perć i Olbrzymki na niebieskim szlaku. To bezdyskusyjnie najciekawszy wariant wejścia. Jest dość technicznie i bardzo klimatycznie, co nie zdarza się często na takich wysokościach w tej okolicy. Na szczyt dotrzecie w jakieś dwie godziny. Na górze czeka wieża widokowa, na którą wchodzi się po drabinie – zazwyczaj wieje tam tak mocno, że urywa głowę.
Poza wieżą macie tam kościół, wielki maszt RTV i Dom Turysty. Można tam zjeść, odpocząć i co najważniejsze dla zdobywców KGP – przybić pieczątkę. Ceny w bufecie są całkiem znośne. Schodziliśmy czerwonym szlakiem, a potem czarnym, który jest już płaski i wygodny, więc idealnie nadaje się na spokojny powrót do auta.
Cała pętla to około 8,5 kilometra i 350 metrów przewyższenia. Zajęło nam to 3,5 godziny i uważamy, że to absolutny banger. Niezależnie czy idziecie tam sportowo, czy żeby zobaczyć starożytną rzeźbę niedźwiedzia, Ślęża zawsze dowozi klimat.

