Skopiec ma opinię najprostszego i, co tu dużo mówić, najmniej atrakcyjnego szczytu w całej Koronie Gór Polski. Sporo osób wpada tu tylko po to, żeby przybić pieczątkę i uciekać dalej. My jednak uznaliśmy, że nawet taką górkę da się zrobić w lepszym stylu niż tylko banalne odhaczenie najkrótszego podejścia.
Zamiast iść prosto do celu, zrobiliśmy krótką, ale bardzo przyjemną pętlę przez Krainę Wygasłych Wulkanów. Startujemy z małego, darmowego parkingu w Komarnie. Idzie się stąd prosto na Przełęcz Komarnicką, gdzie stoi słynne “drzewo sandałowe”. To taka rzeźba z butami, której nie da się przegapić i przy której każdy robi sobie fotę.
Zamiast trzymać się tylko szlaku, przy rzeźbie skręciliśmy w prawo. Najpierw ruszyliśmy na Baraniec nieoznakowaną ścieżką. To był nasz pierwszy szczyt tego dnia. Potem tą samą drogą poszliśmy w stronę Skopca. Pod sam koniec trzeba tylko lekko zboczyć z trasy, żeby zameldować się na najwyższym punkcie. Pieczątkę znajdziecie bez problemu w skrzyneczce pod znakiem.
Żeby pętla była pełna, zeszliśmy do żółtego szlaku i odbiliśmy jeszcze na Folwarczną. To już trzeci wierzchołek podczas jednej, krótkiej wycieczki. Całość zajęła nam około 45 minut, a przewyższenia było tyle, co nic, bo tylko 160 metrów.
Mimo że Skopiec nie jest wybitnie wymagający, to w takim wydaniu trasa jest naprawdę widokowa i daje dużo więcej frajdy. To idealna opcja, żeby zdobyć szczyt KGP “w międzyczasie”, kiedy jedziecie w inne, wyższe góry.

