Czy warto jechać przez pół Polski tylko po to, żeby wejść na górę, która ma zaledwie 600 metrów? Według nas zdecydowanie tak. Wyjechaliśmy z Wrocławia skoro świt, obowiązkowa kawa po drodze i kierunek wschód. Zanim w ogóle dotarliśmy pod szlak, zaliczyliśmy jeszcze Dąb Bartek. To drzewo to już niezły staruszek, który trzyma się głównie dzięki chemii, ale park naprzeciwko to już zupełny odlot. Znajdziecie tam wszystko, od posągów królów po gigantyczne osy i bobry.
Właściwa wędrówka zaczyna się w Świętej Katarzynie. Mówi się, że Góry Świętokrzyskie to królestwo czarownic, więc klimat czuć od razu. Sam szlak na Łysicę to w zasadzie bardzo przyjemny spacer. Mieliśmy szczęście do pogody, bo trafiliśmy na idealne połączenie słońca i śniegu, co w lesie wyglądało niesamowicie. Cała aura sprawiła, że nawet najniższy szczyt Korony Gór Polski wydawał się wyjątkowy.
Zaczynamy przy klasztorze bernardynek i wchodzimy na teren parku narodowego. Za bilet trzeba zapłacić parę złotych, a tuż za bramą mijamy źródełko św. Franciszka, które podobno nigdy nie zamarza. Podejście nie jest wymagające, idzie się albo po drewnianych kładkach, albo po kamieniach. Po mniej więcej godzinie zameldowaliśmy się przy krzyżu na szczycie.
Ciekawostką jest to, że Łysica wcale nie jest najwyższa w tej okolicy. Nowe pomiary wskazują na Skałę Agaty, która leży kawałek dalej na tym samym szlaku, więc oczywiście tam też zajrzeliśmy. Dalej poszliśmy w stronę Przełęczy św. Mikołaja, żeby zrobić dłuższą pętlę. Cała trasa wyszła nam na jakieś 12 kilometrów i była bardzo urokliwa.
Na koniec została najważniejsza rzecz, czyli przybicie wszystkich możliwych pieczątek. Znajdziecie je w skrzyneczce na szczycie albo w sklepiku z pamiątkami przy wejściu. Choć to teoretycznie najłatwiejszy punkt projektu, wycieczka była mega udana. Jeśli szukacie czegoś mało wymagającego kondycyjnie, Świętokrzyskie na pewno was nie zawiedzie.


