Biskupia Kopa to szósty szczyt do naszej Korony Gór Polski i od razu powiem, że ta góra nas konkretnie zaskoczyła. Startujemy z parkingu obok parku rozrywki w Pokrzywnej. To dość dziwne miejsce na początek górskiej wycieczki, ale klimat robi się ciekawy niemal od razu.
Początek to niebieski szlak. Idzie się nim całkiem przyjemnie i płasko przez ponad dwa kilometry. My oczywiście musieliśmy coś namieszać i przez pomyłkę zboczyliśmy z trasy. Trafiliśmy jednak na starą skocznię narciarską. Kiedyś skakano tu po 40 metrów, a dziś to fajny, opuszczony obiekt. Jeśli lubicie takie przypadkowe odkrycia, to polecamy ten błąd.
Prawdziwa zabawa zaczyna się na Gwarkowej Perci. To dawny kamieniołom, który wygląda jak skalny kanion. Na samym końcu czeka 11-metrowa drabina. To jedyna taka atrakcja w Sudetach, więc warto tam zajrzeć dla samego klimatu. Kawałek dalej jest jeszcze Piekiełko, czyli kolejne wyrobisko, które też warto odhaczyć po drodze.
Dalej żółtym szlakiem docieramy do schroniska. Miejsce jest specyficzne, bo w środku wisi pełno krawatów i stoją dziwne drewniane rzeźby. Ceny jedzenia są dość wysokie, ale to dobry moment na krótki odpoczynek. Stąd zostaje już tylko chwila czerwonym szlakiem i jesteśmy na szczycie.
Sam wierzchołek leży po czeskiej stronie i jest pełen kontrastów. Z jednej strony mamy elegancką, XIX-wieczną wieżę widokową, a z drugiej jakieś niedokończone budynki, które wyglądają dość dziwnie. Najważniejsze, że można tam kupić Kofolę, czeskie specjały i przybić pieczątkę do książeczki.
W dół schodzimy czerwonym szlakiem prosto wzdłuż granicy. Idzie się grzbietem, drzew jest mało, więc widoki na Góry Opawskie macie jak na dłoni. Cała pętla to około 15 kilometrów i 750 metrów podejść. Póki co Biskupia Kopa ląduje u nas na pierwszym miejscu w rankingu KGP i pewnie długo tam zostanie.
